: Olejek do ust za... czekoladę? Czyli jak dałam się namówić i nie żałuję

Ostatnio w internecie zrobiło się głośno o tym jednym, konkretnym olejku do ust. Wszędzie go pełno. Dziewczyny polecają, zachwycają się. I wtedy ktoś do mnie pisze: "Wiesz co, żeby go dostać, musisz coś kupić w sklepie".

Moja pierwsza myśl? No tak. Oczywiście. Kolejna akcja typu "kup niepotrzebną rzecz, żeby dostać tę potrzebną". Uznałam, że to ściema i temat olałam. Do dziś.

Wchodzę do sklepu, a ekspedientka z uśmiechem mówi do mnie: "Jeśli Pani coś kupi, dostanie Pani ten olejek do ust w prezencie".

Zamurowało mnie. Czyli jednak to prawda?

Przez ułamek sekundy poczułam się jak w pułapce marketingowej. Ale potem pomyślałam: przecież i tak miałam ochotę na coś słodkiego. Dawno nie pozwoliłam sobie na czekoladę. A skoro mam coś kupić, to niech to będzie czysta przyjemność.

Wzięłam czekoladę. Najzwyklejszą. I wyszłam z dwoma rzeczami - tabliczką czekolady i tym słynnym olejkiem. I wiecie co Wam powiem? Czasem warto odpuścić to swoje "na pewno ściema" i po prostu zrobić coś dla siebie. Mały zakup, mała radość.

Czekolada zjedzona (bez wyrzutów sumienia!), olejek testuję i dam Wam znać, czy faktycznie jest wart tego całego szumu.

A Wy? Dajecie się czasem namówić na takie akcje "coś za coś"?



Komentarze